Blog

Rejsy


Bałtykiem wychowani

27.09.18, 12:00

Morze wyzwala energię, myśli, uczucia, pragnienia. Na morzu wszystko staje się proste, choć, gdy żegluje się z dziećmi słowo proste nabiera innego znaczenia, nieco bardziej skomplikowanego.

 

Dziecięce odczuwanie świata jest tym, co daje mi energię, jest tym, z czego garściami staram się czerpać inspirację każdego dnia. Bo dzieci widzą więcej, czują prawdziwiej i piękniej. Nieskażone tym co muszą i powinny czuć.

Od trzech lat planujemy popłynąć z dziećmi na ciepłe wody, zawsze lądujemy jednak na Bałtyku. Czy to sentyment, czy przywiązanie, a może jakiś rodzaj uzależnienia. Trudno stwierdzić. Faktem jest, że to Bałtyk nas wychował, więc może i my chcemy podświadomie Bałtykiem wychować dzieci.

Każdego dnia mam to samo postanowienie, uczyć się od dzieci. Nie jest to łatwe. Nasze dorosłe głowy ciężkie są od codzienności, nasz wzrok często zawiesza się na mało istotnych elementach, które wydają się nam niezmiernie ważne. Dzieci mają inaczej. One patrzą wyżej, dalej, dokładniej. One patrzą i widzą.

Tak było z deszczem, który przywitał nas w Świnoujściu. My widzieliśmy deszcz, mokre ubrania, problem. Nasze dzieci widziały marinę i jacht, który zaraz stanie się ich domem. Widziały początek czegoś fajnego. Na moje pełne zawodu i pesymizmu sarkastyczne stwierdzenie: – super, leje! Gabi odpowiedziała radośnie: – Mama na łódce zawsze pada. To normalne.

Na szczęście nie zawsze. O czym mieliśmy się przekonać podczas tego rejsu.

Wypłynęliśmy. Dziewczyny od razu poszyły z tatą na dziób jachtu. To miejsce, które uwielbiają. Mogą tam liczyć fale, ewakuować się do dziury (luk dziobowy) lub, tak jak Kasia, siedzieć i patrzeć na morze. Tak zwyczajnie. Bez słów. Chłonąć horyzont.

 
 
 

Na dziobie jest najlepiej. 

 
 
 

Nie mieliśmy specjalnego planu pływania. Chcieliśmy wsłuchać się w potrzeby dzieci i nasze. Pierwszym portem i olbrzymim zaskoczeniem było Peenemünde na wyspie Uznam. Miałam wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie i nie do końca tam, gdzie byśmy chcieli. Zupełnie opustoszałe miasteczko, z łodzią podwodną w porcie i muzeum techniczno-historycznym w starej monumentalnej elektrowni. To właśnie w tym miejscu wystrzelono pierwszą w historii rakietę, która przekroczyła próg przestrzeni kosmicznej. Tak czy inaczej, nie nasz klimat. Nie czuliśmy się tam dobrze i rano wypłynęliśmy w stronę Rugii.

– Mamo wiesz co kocham w morzu? To jak fale się ze sobą biją, powiedziała Gabi wpatrująca się od kilkunastu minut w wodę.

Nie wiem jak to się dzieje, ale gdy płyniemy, dzieciom się nie nudzi. Na lądzie owszem. Bardzo często. Na morzu nigdy. To chyba takie perpetuum mobile. My jesteśmy szczęśliwi bo jesteśmy na morzu ze szczęśliwymi dziećmi, a dzieci są szczęśliwe bo są na morzu ze szczęśliwymi rodzicami. Napędzamy się. Jesteśmy spokojni, mamy dla siebie czas. Możemy siedzieć i nic nie robić. Tak po prostu. Siedzieć przy sobie i bawić się liną, grać w karty, przytulać się, gapić w chmury odgadując ich kształty, śpiewać na cały głos hej sokoły, patrzeć w wodę, zaglądać poza horyzont. Być ze sobą i nic więcej. Bez lądu, bez przeklętych słów: „kochanie za chwilkę, bo muszę…” Na morzu mamy dla siebie czas, którego tak bardzo brakuje nam w tym domu, w środku kraju, z dala od wody.

 
 

Współne planowanie trasy.

 
 
 

Nauka węzłów. 

 
 
 

Z dziećmi nie ma nudy.

 
 
 
 

W Gager na Rugii było idealnie. Piękne miejsce, wyjątkowy i niezwykle pomysłowy plac zabaw, bułka z wędzoną rybą, bardzo długi spacer, łabędzie i mój ulubiony widok – dzieci w piżamach, jedzące śniadanie w kokpicie. Gager nas zauroczyło. W takich miejscach jesteśmy szczęśliwi. Takich miejsc szukamy.

 

 

Marina w Gager

 
 
 

Poranne karmienie kaczek, ryb, łabędzi :-)

 
 
 
 

Dalej popłynęliśmy do Lauterbach. Niedaleko, spokojnie, spacerowo, a stamtąd, następnego dnia, już w stronę Polski. To właśnie płynąc z Lauterbach na Greifswalder oie, maleńką wyspę, która miała być naszym przystankiem na drodze do Świnoujścia, doświadczyliśmy rzeczy strasznej dla rodzica żeglarza. Choroby morskiej naszej młodszej córki. Cały dzień spała, większość czasu w kokpicie, przykryta kocem. Bezradna, pogrążona w stanie, który znam aż za dobrze.

– Mamusiu, chyba jestem chora, powiedziało mi moje dziecko, patrząc na mnie nienaturalnie błyszczącymi oczami.

– Wiem kochanie, odpowiedziałam zupełnie bezradnie, bo przed nami było jeszcze co najmniej kilka godzin płynięcia. Bo wiedziałam, że to moja wina.

– Mamo, ale to nic groźnego?

– nie kochanie, to nic groźnego, to choroba od bujania, choroba morska.

– a ha, to dobrze, odpowiedziała cieniutkim głosikiem i z pełnym zaufaniem zasnęła wtulona w moje kolana.

Tuż przed zmrokiem dotarliśmy na wyspę, która w locji wyglądała na miejsce, gdzie owszem nie ma zejścia na stały ląd, ale można bezpiecznie zacumować i przenocować. Zdziwienie naszą obecnością, załogi stojącego przy nabrzeżu statku ratowniczego, było równie duże, jak nasze, gdy zobaczyliśmy, że jedyną możliwością jest zacumowanie do kamienistego falochronu, który był jednocześnie mieszkaniem niezliczonej ilości mew.  

Po krótkiej wymianie zdań, stanowczym „NIE” służb niemieckich, wyciągnęliśmy na pokład naszą najmocniejszą broń – dzieci. Serce Niemca zmiękło i mówiąc, że tylko na jedną noc, zgodził się, abyśmy zostali. Przy Greifswalder oie spędziliśmy trochę więcej czasu niż planowaliśmy. Czekaliśmy aż wiatr trochę ucichnie. Gotowaliśmy, graliśmy w planszówki, na resztkach laptopowej baterii oglądaliśmy bajkę. Obserwowaliśmy obserwujące nas mewy, cierpliwie znoszące naszą obecność. My też ze swojej strony staraliśmy się być gościem najmniej uciążliwym, szanującym spokój właścicieli falochronu. W nocy oświetlała nas wzniesiona w 1853 roku latarnia morska. Cała wyspa, która jak na tak niewielki teren ma całkiem interesującą historię, jest rezerwatem przyrody. Co ciekawe zamieszkują ją nawet lisy, które przybyły na nią po zamarzniętych wodach Bałtyku

 

 

Greifswalder oie

 
 
 

Gdy na zwenątrz wieje...

 
 
 

Wiatr ucichł. Wypłynęliśmy w stronę Świnoujścia, zostawiając za rufą bezludną wyspę opanowaną przez Kormorany. Z włączonym autopilotem, całą rodziną na dziobie. Chłonęliśmy każdą chwilę, śpiewaliśmy piosenki otulani niewiarygodnie ciepłym, jak na bałtyckie warunki, wiatrem. Żeglowaliśmy. W oczach Kasi pojawił się smutek i trochę złości. Powiedziała, że tydzień to stanowczo za mało i że ona nie wraca. Że ona chce tu zostać i już. Chciałam powiedzieć jej coś mądrego, coś dorosłego, ale musiałabym mówić nieprawdę. Ja też chciałam zostać. Najlepiej na dużo dłużej. Chciałam i już.

Wróciliśmy.
Ale mamy marzenia. Mamy plany. Mamy pasję, która daje szczęście naszej całej czwórce. Jesteśmy Bałtykiem wychowani, a od tego nie ma ucieczki.

 
 
 

Ulubione miejsce.

 
 
 


 
 
 

Z tatą najlepiej :-)

 
 
 


 
 
 
 
 
 

Podobne wpisy

Zobacz wszystkie »

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku cz.1

Po latach żeglowania między szuwarami coraz bardziej chodziła za mną chęć czegoś większego. Tak żeby zobaczyć jak to jest, gdy całkiem znika ląd i dookoła zostaje tylko bezmiar wody. Żeby doświadczyć nocnego, gwieździstego nieba pod żaglami.

Przejście Kanału Panamskiego

Dla wielu żeglarzy przejście Atlantyku jest wielkim marzeniem. Tak było i w moim przypadku. O rejsie przez Pacyfik nawet nie myślałem i oto to, co było nierealne, po latach jest możliwe.