Rejsy morskie

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku

Cezary Golba 21 min

Po latach żeglowania między szuwarami coraz bardziej chodziła za mną chęć czegoś większego. Tak żeby zobaczyć jak to jest, gdy całkiem znika ląd i dookoła zostaje tylko bezmiar wody. Żeby doświadczyć nocnego, gwieździstego nieba pod żaglami.

Żeby po prostu wykonać kolejny krok i przekroczyć pewną granicę w karierze każdego żeglarza... W tamtym roku, po bardzo udanym rejsie po Zalewie Sulejowskim mój redakcyjny kolega Kuba stwierdził, że on sam też chce zrobić patent. Mieliśmy jechać na Mazury na obóz żeglarski łączący turystykę ze szkoleniem dla chętnych. Plany wzięły w łeb, a ja pod wpływem impulsu znalazłem rewelacyjną ofertę rejsu stażowego, przygotowującego do kolejnego stopnia uprawnień żeglarskich pozwalających na samodzielną żeglugę morską. No i przepadłem na dobre... Posłuchajcie sami historii, w której wiatr pcha w nieznane, a fala kołysze do snu...

Kilka podstawowych informacji:
Organizator rejsu: Agencja Żeglarska Kubryk
Kapitan: Witold Sobkowicz
Jacht: Bavaria 38 Cruiser "Duch Morza"
Trasa: Świnoujście - Svaneke - Christiansø - Tejn - Simrishamn - Ystad - Sassnitz - Świnoujście
Łącznie przepłynęliśmy 343 mile morskie. Na morzu spędziliśmy 66 godzin w tym 45 pod żaglami.

W przeddzień rozpoczęcia rejsu lekki strach zajął miejsce dotychczasowej ekscytacji. W końcu kolejne dni miałem spędzić na dwunastometrowej łupince gdzieś po środku Wielkiej Wody. Czego mam się spodziewać?
Spakowałem się i kilkadziesiąt minut po północy wsiadałem do pociągu. W Świnoujściu - naszym porcie zaokrętowania - byłem o 1000 rano (cztery cyfry bez dwukropka, to sposób w jaki na morzu zapisuje się czas). Kiedy wysiadłem z pociągu czekała na mnie miła niespodzianka. W porcie stała piękna pełnorejowa rosyjska fregata - Kruzensztern.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Kruzensztern przy nabrzeżu portowym

Do zbiórki miałem jeszcze 6h, ale mimo to swoje pierwsze kroki skierowałem do Mariny Północnej, gdzie już czekał na nas "Duch Morza". Zostawiłem swoją torbę w przechowalni w bosmanacie mariny, przy okazji odnajdując jacht.

Już tylko z małym plecaczkiem ruszyłem na zwiedzanie miasta. Oczywiście, nie byłbym sobą gdybym nie obejrzał sobie z bliska wspomnianego żaglowca.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Ozdobne koło sterowe

Kiedy zwiedziłem pokład od bukszprytu po samą rufę, wtykając przy okazji nos w każdą dostępną dla turystów szczelinę (niestety nie dało się zejść pod pokład) nieśpiesznym krokiem ruszyłem do miasta. Zwiedzanie zacząłem spacerem po uroczym parku.

Korzystając z okazji zajrzałem do lokalnej smażalni ryb. Posiłek tam był niemałą ciekawostką, ponieważ ktoś najwyraźniej pragnąc podnieść poziom ekskluzywności dania wysmarował talerz czekoladą. Frytki z czekoladą to jedna z dziwniejszych rzeczy, które kiedykolwiek jadłem. Resztę czasu spędziłem na plaży.

Kiedy wracam do mariny, przy jachcie zbiera się już reszta załogi. Kapitan pyta czy jesteśmy zmęczeni i czy tę noc chcemy spędzić jeszcze w porcie, żeby odpocząć sobie po podróży. Zmęczeni jesteśmy chyba wszyscy, ale decyzja jest szybka i jednomyślna - chcemy na morze! Przed nami jeszcze odprawa i szkolenie z obsługi urządzeń jachtowych. Potem sztaujemy nasze graty razem z zapasami, a następnie robimy pierwszy posiłek na pokładzie...

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Kolacja - pierwszy posiłek na jachcie

O 2000 jesteśmy gotowi. Rzucamy cumy i pomału ruszamy w kierunku główek portu.

Jeszcze w główkach portu zaczyna nas kołysać. Wiatr wiejący w ciągu dnia przycichł, ale pozostawił po sobie martwą ostrą krótką falę. Cudowny zachód sprawia, że cała sceneria jest wręcz nieziemska.

Od pierwszych chwil wiadome jest też, że nie damy rady zrealizować pierwotnej trasy rejsu. Po wyjściu ze Świnoujścia mieliśmy iść na Kopenhagę, a potem do Aarhus. Tam miała zapaść decyzja czy zamykamy pętlę wokół duńskich wysp Zelandii i Lolland czy wracamy podobną trasą z postojem w szwedzkim Malmo. Niestety, mamy wiatr w dziób prosto od strony Kopenhagi. Decyzją kapitana obieramy kurs na zachodnie wybrzeże Borholmu.
Rozkołys powoduje, że stopniowo kolejni członkowie załogi dostają choroby morskiej. Z ośmiu osób na pokładzie tylko trzy bronią się przed oddaniem Neptunowi swojego ostatniego posiłku - w tym kapitan i jakimś cudem ja.
O północy wraz z współtowarzyszką Ewą zaczynam swoją pierwszą trzygodzinną wachtę. Sterujemy na zmianę, ale ja pierwszy zajmuję miejsce za sterem, próbując utrzymać jacht na zadanym kursie. Przesiadka z rumpla, charakterystycznego dla śródlądowych łódek na koło sterowe, w dodatku bez żadnego punktu orientacyjnego nie jest łatwa, jednak po jakimś czasie dochodzę do wprawy i sterowanie przestaje być problemem.
Noc jest niesamowita. Duch Morza walczy z falą. Masy wody rzucają dzięsięciotonowym jachtem jak małą piłeczką. Ciągnąc za sobą kadłub, dziób najpierw leci w niebo by zaraz zapikować i ciężko grzmotnąć w wodę. A potem jeszcze raz - w górę i w dół. I jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze, w nieskończoność, tak przez całą nockę. Co jakiś czas większa fala wyrzuca nas mocniej w powietrze i wtedy po chwili dno uderza w wodę z głośnym ŁUUUP. Stoję za starem i podziwiam ciemne niespokojne i totalnie puste morze. W zielonej poświacie przyrządów nawigacyjnych staram się utrzymać właściwy kurs. Jacht myszkuje i cały czas ruchem steru trzeba przeszkadzać jego zapędom do popłynięcia swoim własnym kursem, w sobie tylko znanym kierunku, jego dzikiej chęci do zatańczenia z pierwotnymi żywiołami - wiatrem i morzem. Nad nami gwiazdy. Miliony białych puntów na czarnym bezmiarze kosmicznej pustki. Nieboskłon przecina na pół biała linia Drogi Mlecznej. I nawet najmniejszej chmurki. Jakby i one zostały gdzieś za rufą, razem z tymi wszystkimi światłami z Polski. Na zachodzie widać czerwoną łunę słońca, która powoli przesuwa się na północ i potem na wschód, zmieniając kolor na srebrnobiały od księżyca, który postanowił nie wychylać się zza horyzontu i potem znów różowawy zwiastujący świt.
O 0300 w nocy przychodzi nasza zmiana, która przejmuje wachtę. Zwalam się w swoją koję i od razu wpadam w objęcia snu. To była jedna z najbardziej niezwykłych nocy w moim życiu...

Budzę się po ósmej. Po dłuższej chwili wylegiwania się w koi, ubieram się i wychodzę na pokład. Wita mnie słońce i spokojne już morze. Fala wygasła niemal całkiem, zrobiło się sielankowo. Przed dziobem widać już Bornholm. Nad ranem wiatr odkręcił i wachta nie była w stanie utrzymać wcześniejszego kursu, dlatego ostatecznie wylądowaliśmy po wschodniej stronie wyspy.

O 0900 wraz z Ewą zaczynamy kolejną wachtę.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Rozkołysani
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Za sterem

Kiedy chowamy się za wschodnim brzegiem wyspy wiatr nagle gaśnie. Zrzucamy żagle i ostatni odcinek pokonujemy już na silniku. Jest tak spokojnie, że kamizelki ratunkowe i ciepłe ciuchy stają się niepotrzebne i lądują w jakiś zakamarkach jachtu.
Naszym celem jest Svaneke - miejscowość uznawana za jedną z najpiękniejszych w Dani. Koło 1600 obkładamy cumy. Marina jest malutka, a duża popularność sprawia, że czasem ciężko znaleźć miejsce. Nam się udało, ale nabrzeże jest wyżej o jakieś 1,5 metra niż pokład, więc zejście na brzeg wymaga umiejętności niemal akrobatycznych.

Po wejściu między główki portu choroba morska znika jak ręką odjął. Na twarze wracają normalne kolory i wraca apetyt. Robimy pierwszy tego dnia posiłek - jeszcze rankiem zapach świeżego chleba wymuszał szybki marsz w kierunku zawietrznej burty, podziwianie wody z bliska i przykre rozstania z wczorajszą kolacją. Po obiedzie ruszamy na zwiedzanie miasta.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Manewry w ciasnym porcie
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Drewniany wrak statku
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Typowy duński widok. Sielanka i spokój.

Kolejny dzień zaczynamy po siódmej rano. U 0800 wachta kambuza serwuje śniadanie, a o 0900 wychodzimy w morze. W planach mamy wizytę na malutkim archipelagu Ertholmene oddalonym od Bornholmu o dwie godziny drogi. Z sześciu wysp największa to Christiansø o wymiarach 400 na 700 metrów. Dzisiaj na morzu panuje cisza. Totalny brak wiatru. I tylko jakaś foka z bezpiecznej odległości podziwia sobie nasz jacht.

Wchodzimy do niewielkiej mariny. Stajemy do burty innego jachtu. Jesteśmy ostatnim elementem "tratwy" złożonej z kilku jachtów. Zejście na nabrzeże oznacza przejście po pokładach wszystkich innych jachtów. Po dostaniu się na brzeg ruszamy na zwiedzanie dwóch zamieszkałych wysp i fortu obronnego. Na wyspach mieszka łącznie kilkadziesiąt ludzi. Nie ma tutaj nawet ujęcia wody - tę na wyspę przywodzi statek z Bornholmu. Co ciekawe, zarówno na Bornholmie jak i na Christiansø panuje specyficzny mikroklimat. Przez większość dni w roku jest tu ciepło, więc można znaleźć rosnące w ogródkach figowce charakterystyczne dla makii śródziemnomorskiej.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Spokojne morze. Czarny punkt na środku kadru, to głowa foki.
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Christiansø przed dziobem.

Na wyspach spędzamy łącznie cztery godziny. Potem, po zbiórce na jachcie rzucamy cumy i ruszamy w dalszą drogę. Ze względu na brak wiatru jedziemy na silniku. Wracamy na Bornholm, do portu w Tejn. W kokpicie robi się nie do wytrzymania, a to za sprawą roju maleńkich muszek, które postanowiły się zabrać z nami. I nie pomógł żaden off ani inny spray na owady. Kapitan wyciągnął jakiś tani odświeżacz powietrza. Rozpylenie zapachu marki Biedronka spowodowało, że 80% populacji padła w jakieś... 3 sekundy.

Do Tejn wchodzimy późnym popołudniem. W przeciwieństwie do wcześniej odwiedzonych miejsc, nie jest to miejscowość turystyczna. Możemy zobaczyć Danię od zwykłej, szarej strony. Różnicę widać też za burtą - Dania słynie z bardzo czystej wody w portach. I rzeczywiście do tej pory woda była krystalicznie czysta. Nawet dno było widać. Tutaj woda to zwykły portowy brudny i zagloniony żur. Udajemy się do pobliskiego sklepu po jakieś regionalne piwo i degustujemy ja na pokładzie, podziwiając piękny zachód słońca.

Jesteśmy zmęczeni całym dniem,więc wcześniej idziemy spać. Jutro planujemy skok do Szwecji.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Wyspa na Bałtyku, a można się poczuć jak w Chorwacji.
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Marina ulokowana między dwiema wyspami
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Na obu wyspach mieszka łączkie ok. 40 mieszkańców.
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Cudowny zachód

Autor tekstu i zdjęć: Cezary Golba - absolwent osławionej na całe Gliwice Wieży Magów (Polibuda, AiR). Fascynat sztuki survivalu - przy użyciu scyzoryka, gumki recepturki i odrobiny brzozowej kory zbuduje ci czołg. Najlepiej czuje się w lesie lub na pokładzie żaglówki. "Gdzie są wszystkie sznurki od tych szmat, gdzie ta brama na szeroki świat" - nuci przez sen, tuląc do serca swój patent żeglarski. Autor bloga: www.ciaglewdal.blogspot.com

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku cz.2

Już jest, długo oczekiwana druga część świetnego tekstu o bałtyckiej włóczędze. Przygotujcie sobie kubek z ciepłą herbatą i dajcie się wciągnąć w gawędę o naszym morzu.

Ranek trzeciego dnia rejsu powitał nas deszczem. Po latach żeglowania między szuwarami, zapragnąłem czegoś więcej. Jeziora zrobiły się za ciasne, a ja wreszcie chciałem zgubić brzeg. Chciałem poczuć jak to jest, gdy dookoła jest tylko woda i bezkresna przestrzeń. Żeglarska pasja rzuciła mnie na morze. Po gwieździstej nocy spędzonej na rozbujanym morzu, po walce większej części załogi z chorobą morską i wreszcie flautą następnego dnia dotarliśmy na Bornholm (kliknij tutaj, żeby zobaczyć pierwszą część relacji). Kolejną noc spędziliśmy w niedużym rybackim porcie Tejn, a teraz w strugach deszczu szykowaliśmy się do ponownego wyjścia w morze i skoku do Szwecji.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Deszczowy poranek

Gdy jesteśmy gotowi rzucamy cumy i wychodzimy. Po szybkich i sprawnych manewrach portowych obieramy kurs na Simrishamn. Morze było spokojne, wiatru jak na lekarstwo.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Zmoknięta wachta.

Pomału zbliżamy się do toru wodnego między Bornolmem a wybrzeżem Szwecji. Przypomina on autostradę, tylko dla statków. Są pasy ruchu w obie strony, a po między nimi znajduje się pas oddzielający. Torem wodnym poruszają się duże statki rozwijające duże prędkości. Małym i wolnym jednostkom, takim jak nasz jacht nie wolno poruszać po torze. Możemy go jedynie przeciąć możliwie szybko i w sposób nieutrudniający żeglugi statkom. Mniej więcej wtedy też zaczynam swoją kolejną wachtę.

Podobny tor przecinaliśmy pierwszej nocy. Niestety już po mojej wachcie, kiedy ja nadrabiałem braki snu. A jest to spora ciekawostka - nagle z jednej i z drugiej strony pojawia się sporo statków idących w dwóch rzędach w przeciwnych kierunkach.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Tor wodny między Bornholmem a Szwecją. Źródło: OpenSeaMap

Wkrótce przed dziobem pojawia się Szwecja. Przestaje również padać, robi się całkiem przyjemnie i można zrzucić sztormiaki. Jest pochmurno, ale ciepło. Wchodzimy na szwedzkie wody terytorialne. Znika banderka Danii podniesiona pod prawym salingiem, a w jej miejsce zaczyna powiewać niebiesko żółta banderka Szwecji. Istnieje cała międzynarodowa etykieta flagowa mówiąca jaka bandera (lub proporzec) i gdzie powinna być podniesiona. Najważniejsza jest bandera podnoszona na rufie. Pokazuje ona przynależność jednostki. Pod prawym salingiem podnosi się proporzec przynależności (np. do klubu albo do jakiejś organizacji). Pod lewym salingiem podnosi się proporzec osobisty (np. kapitana jeśli taki istnieje). Jeśli jednostka wchodzi na obce wody terytorialne, dobrym i miłym zwyczajem jest podniesie małej banderki odwiedzanego kraju pod prawym salingiem. Wtedy proporzec przynależności trafia na lewy saling i jako ten ważniejszy znajduje się nad proporcem osobistym. W praktyce na pokładzie naszego jachtu pod lewym salingiem powiewał proporzec Kubryka, a pod prawym obce banderki w zależności od miejsca, w którym aktualnie się znajdowaliśmy.

Próbujemy postawić żagle. Efekt jest taki, że bujamy się na fali w jednym miejscu nie posuwając się do celu. W końcu odpalamy znowu silnik i pomału płyniemy w kierunku Simrishamn. Na pokładzie rozwija się temat geocachingu i różnych przygód, które mieliśmy podejmując kolejne skrzynki. Późnym popołudniem przygotowujemy cumy i zaczynamy manewry portowe.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Główki portu.
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Marina w Simrishamn.
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Na kei.

Po obiedzie przygotowanym przez wachtę kambuzową ruszamy na podbój miasta. A trzeba było przyznać, że było ono śliczne. Zresztą sami zobaczcie:

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Plac w centrum miasta.
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Zakątek.

Udaje nam się zaopatrzyć w lokalne piwa. Nie jest to łatwe - w sklepach i dyskontach praktycznie wgl nie ma alkoholu, a jeśli nawet, to zawartość alkoholu w trunku nie przekracza 3%. Są specjalne sklepy, gdzie można kupić wszelakie alkohole, jednak są zamykane już o 18. Oczywiście przy kasie skrupulatna kontrola pełnoletności. Nie żeby nasze dokumenty zostały na jachcie... Ale po drugim kursie można się już wygodnie rozlokować w kokpicie i rozmawiając w dobrym gronie napić się złocistego trunku.

Szwedzi to bardzo otwarty naród. Jedno z miejsc gdzie można tego szczególnie doświadczyć to... portowe prysznice. W każdym z miejsc gdzie staliśmy do tej pory prysznice były w jakiś sposób oddzielone od siebie zapewniając użytkownikowi prywatność. Szwedzi natomiast nie przejmują się takimi pierdołami jak ścianki działowe czy zasłonki. Ot po prostu jest sobie wspólna sala, gdzie w jednym kącie stoi ławeczka z haczykami na ciuchy, a w drugim znajdują się natryski. Obowiązuje pełna "parada szabli". Zalecane gapienie się w podłogę i nie rozglądanie się na boki. W przeciwnym razie "widoki" grożą wypaleniem oczu...

Wieczór mija w sielankowej atmosferze. W nocy ładnie widać błyskające czerwone światła nabieżnikowe, ułatwiające nawigację na podejściu do portu. Koncepcja nabieżników jest bardzo pomysłowa - w pewnej odległości od siebie znajdują się dwa charakterystyczne obiekty (najczęściej tzw. stawy - czyli znaki umocowane na stałe na brzegu albo wbite w dno morza), z których jeden jest wyższy a drugi niższy. Należy tak sterować aby oba obiekty znalazły się w jednej linii. Wtedy płynąc na te obiekty (oczywiście tak, żeby nie przesunęły się względem siebie) wycelujemy idealnie w główki portu. W nocy oczywiście obiekty są niewidoczne, dlatego stosuje się mocne migające z tą samą charakterystyką światła. Prosty i sprytny sposób na to, żeby podejście do portu było zawsze bezpieczne.

Ranek znów wita nas deszczem. Po śniadaniu rzucamy cumy i wychodzimy z portu. Simrishamn jest najdalej wysuniętym na północ punktem naszego rejsu. Od teraz będziemy żeglować na południe, pomału w kierunku Polski.

Dzisiaj naszym celem jest szwedzkie Ystad więc cały czas idziemy wzdłuż wybrzeża. Wachta mija spokojnie, a po trzech godzinach na pokładzie pojawiają się nasi zmiennicy.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Następna wachta przejęła stery.

W mesie jest sucho i cieplutko. Miła odmiana w stosunku do aury panującej na zewnątrz. Ci co mają wolne ćwiczą pracę na mapie morskiej. W dzisiejszych czasach korzysta się głównie z GPSa i map elektronicznych, ale praca z papierową mapą, trójkątem nawigacyjnym i kroczkiem ma swój niepowtarzalny urok.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Nawigacja pod czujnym okiem kapitana.
"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Widok z mojej koi.

Wkrótce na horyzoncie pojawia się Ystad. Szykujemy cumy, wchodzimy do olbrzymiej mariny i szukamy miejsca dla siebie. Wkrótce jacht stoi zacumowany, a ponieważ w między czasie przestaje padać wywieszamy mokre sztormiaki na zewnątrz.
Jakiś czas potem do mariny wchodzi jacht pod szwedzką banderą. Nie mogąc znaleźć miejsca dla siebie staje przy naszej burcie. Wychodzimy z kabiny pomóc i odebrać cumy. Na pytanie skąd płyniemy cała nasza załoga łamie sobie języki nie mogąc wyartykułować nazwy naszego poprzedniego miejsca postoju. No cóż, nasi nowi przyjaciele mieli ubaw...
Po obiedzie idziemy zwiedzać miasto. Jest jeszcze bardziej cudowne niż poprzednie.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Marina w Ystad.

Wizyta w kościele Sankta Maria była sporą ciekawostką. Po prawej stronie od wejścia znajdował się kącik urządzony jak najnormalniejszy salon. Z drugiej strony znajdował się kącik zabaw dla dzieci. Całości dopełniały karteczki z hasłem do wifi w każdej ławce. Wyobraźcie sobie coś takiego u nas ;)

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
kącik zabaw dla dzieci... w kościele.

Wieczór spędzamy w mesie oglądając zdjęcia i słuchając opowieści naszego kapitana. A to jest człowiek, którego warto posłuchać. Przepłynął on na jachtach kawał świata, jest członkiem elitarnej organizacji Bractwo Wybrzeża. Jego historia jest też związana z legendarnym jachtem Czarny Diament. Jednostka ta została została zbudowana w latach 1971-1978 i otaklowana jako kecz. 22 czerwca 1978r. o godzinie 22:55 Czarny Diament wypłynął z portu Świnoujście w czteroletni rejs. Rzeczywistość zweryfikowała plany i rejs trwał... 32lata! Jest to absolutny światowy rekord długości rejsu. W tym czasie przepłynął 240 tysięcy mil morskich co jest odpowiednikiem 11 krotnego okrążenia świata. O przygodach jachtu, których było mnóstwo, opowiada książka "Czarny Diament Tnie Oceany" napisana przez kapitana jachtu - Jerzego Radomskiego.

Rankiem wysyłamy delegację do sklepu w celu uzupełnienia zapasu wody butelkowanej.

Po powrocie, rzucamy cumy i wychodzimy. Jak się potem okaże, przed nami jedne z najlepszych chwil naszego rejsu, a przy okazji chyba najdłuższy odcinek do pokonania. Niemal równocześnie z nami wychodzi w morze polki prom "Kopernik".

Plan na dzisiaj zakłada powrót na Bornholm, tam przerwa na szybki obiad i przelot do niemieckiego Sassnitz.

Z początku jest wręcz sielankowo. Leniwie prujemy na przód, cieszymy się usypiającym kołysaniem i wodną przestrzenią wokół nas.

Wkrótce wiatr cichnie, a my niemal stajemy w miejscu kołysząc się na martwej fali. Wykorzystuję moment, żeby skoczyć na dziób i pstryknąć kilka fotek.
Decyzją kapitana rezygnujemy z Bornholmu. Odbijamy w prawo i kładziemy się na kurs do Sassnitz. Zgodnie z prognozami im dalej na zachód tym lepiej ma wiać. Rzeczywiście, po dłuższej chwili zaczęło się rozwiewać.
Wkrótce prędkość wiatru przekracza 20 węzłów. To są warunki, które zapewniają największą frajdę z żeglowania (w zasadzie zależy to przede wszystkim od konkretnej jednostki - nasz jacht w tym momencie pokazał pazur). Szybka, dynamiczna żegluga z lekkim przechyłem to jedno z najwspanialszych żeglarskich uczuć. Teraz dopiero też poczułem różnicę pomiędzy jachtem śródlądowym a morskim. Na tym pierwszym idąc przy takim wietrze pod pełnymi żaglami byłaby już całkiem konkretna jazda. Tutaj nasz jacht dopiero się rozkręcał i czuć było, że jeszcze może duuuuużo więcej. Dodatkowo po porannym zachmurzeniu nie zostało ani śladu, żeglujemy więc w pełnym blasku słońca. A ja tymczasem stoję za sterem i cieszę się chwilą. Gęba sama się śmieje, a stara żeglarska pieśń ciśnie się na usta. Śpiewak ze mnie marny, dlatego ograniczam się do cichego, niemal bezgłośnego mruczenia pod nosem. I tylko z żalem patrzę na zegarek, który bezlitośnie odmierzał ostatnie minuty mojej wachty. W końcu z ciężkim sercem oddaję ster swoim zmiennikom. Znajduję wygodne miejsce i zaczynam szaleć z aparatem. Wiatr spowodował wypiętrzanie się fali. Te w niedługim czasie osiągnęły wysokość kilku metrów i teraz dziesięciotonowa łódka tańczy jak korek. A my solidarnie zakładamy kamizelki ratunkowe. To nie tak, że się boimy. Chodzi o bezpieczeństwo - kamizelki są jednocześnie uprzężami, a my za pomocą specjalnego pasa wpinamy się w stałe części osprzętowienia jachtu. Chroni nas to przed wypadnięciem za burtę. A gdybyśmy jednak znaleźli się w wodzie, kamizelka błyskawicznie się napompuje utrzymując nas na powierzchni.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku

Wkrótce z widnokręgu znikają oba lądy. Szwecję widać jeszcze tylko przez moment, w którym jesteśmy na czubku fali, ale i ona w końcu chowa się za horyzontem. Zostaje bezmiar wód i nieskrępowana radość żeglowania. Czasem zostajemy obryzgani słoną morską wodą. Kapitan zarządza refowanie, ale zaznacza, że to tylko dlatego, że rejs ma charakter szkoleniowy. Normalnie nikt by nawet jeszcze o tym nie myślał.
Po naszej lewej burcie w oddali znajduje się kolejny tor wodny. Obserwujemy potężny tankowiec zmagający się z falą i potężne bryzgi, które omiatają statek od dziobu aż do śródokręcia. Mocarny widok. Idziemy pod bardzo ostrym kątem (niemal równolegle) do toru, dlatego mija kilka godzin zanim się do niego zbliżamy. Jednak przecięcie toru jest nieuniknione. W oddali widzimy duży kontenerowiec idący w naszą stronę. Te duże statki są zaskakująco szybkie i kilka minut później jest tuż koło nas. Kapitan dla bezpieczeństwa włącza UKF i wywołuje kontenerowiec z pytaniem czy nas widzą. Dostajemy odpowiedź, że spoko oni sobie przejdą z naszej prawej, a my żebyśmy sobie spokojnie płynęli. Niedługo potem zbliża się do nas prom idący ze Szwecji prawdopodobnie do Polski. On również sprawia wrażenie jakby chciał nas rozjechać. Kapitan wywołuje na radiu "duży biały statek", ale tym razem zostajemy zignorowani. Prom przechodzi za naszą rufą. Po chwili wywołuje nas dozorowiec (rodzaj statku wojennego) Dragon z nakazem podania pozycji. Robimy naprawdę duże oczy, ale grzecznie podajemy współrzędne. Po chwili dostajemy potwierdzenie i na tym rozmowa się kończy. Prawdopodobnie w ten sposób mimowolnie wzięliśmy udział w ćwiczeniach w namierzaniu celów radarem. Duże stalowe statki są łatwe do zauważenia, a oni potrzebowali trudniejszego celu. A potem załoga jakiejś małej żaglóweczki zaczęła się pluć na radiu... Inną atrakcją były też widoczne w oddali farmy wiatrowe. Ciekawa rzecz spotkać na pełnym morzu duże wiatraki.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Tor wodny między Szwecją na Niemcami. Kolorowe trójkąty pokazują pozycje statków. Niebieski trójkąt ustawiony prostopadle do toru wodnego to prom Polonia kursujący między Ystad a Świnoujściem. Zdjęcie z dnia 8.03.2019r. Źródło: OpenSeaMap

Wkrótce na horyzoncie pojawiają się klify Sassnitz. Po mału też zapada zmrok. O 1900 znowu z Ewą przejmujemy wachtę. Jednocześnie wiatr siada i żegluga staje się bardzo sielankowa. Totalny spokój i zachód słońca nadają wieczorowi uroku.
Robi się ciemno. Żeglowanie nocą jest bardzo klimatyczne. Dużą frajdą jest obserwowanie i rozpoznawanie poszczególnych świateł nawigacyjnych.
W pewnym momencie zaczynam się niepokoić. Stoję za sterem i mam wrażenie, że za jakieś czterysta metrów wyjedziemy na plażę. A jednocześnie widzę, że kapitan czuwa w mesie. Dlatego czekam i nic nie mówię. Za chwilę skipper pojawia się na pokładzie. Rozejrzał się i stwierdził tylko "no to płyńcie dalej". I tak właśnie dałem się zwieść złudnemu odczuciu bliskości na morzu. Do "tych świałeł" na horyzoncie mieliśmy jeszcze dobrą godzinę drogi. W końcu wiatr siada do zera i ostatni odcinek pokonujemy na silniku. Niemcy witają nas fajerwerkami, które gdzieś tam rozbłyskają nad lądem. Podejście do portu jest dość ryzykowne ze względu na sieci rybackie rozstawione niedaleko brzegu. W ciągu dnia przy sieciach widać czerwone flagi. W nocy są kompletnie nieoświetlone i przez to niewidoczne. Po prostu w wąskim pasie światła odbitego od księżyca pojawia się czarny trzepoczący kształt i zaraz znów znika w ciemnościach. Niektóre flagi mijamy w odległości ledwo kilku metrów. O 2400 cumujemy w porcie. Nie wchodzimy nawet do mariny, tylko stajemy po wewnętrznej stronie falochronu. Jemy kolację, robimy krótki spacer po falochronie i idziemy spać.

Ostatni dzień naszego rejsu zaczynamy wcześniej niż zwykle. Po śniadaniu po raz ostatni wychodzimy w morze. Bierzemy kurs na Świnoujście. Podziwiam pejzaż zatoki i porównuję go ze swoimi nocnymi wrażeniami. Wieje nam całkiem nieźle.

rejs po bałtyku, sassnitz, bałtyk
Sassnitz za rufą.
bałtyk, rejsy morskie, rejsy po bałtyku
Kurs na Polskę.

Na horyzoncie pojawia się mała wysepka z latarnią morską. Jej widok towarzyszy nam przez większość dnia. Gdy tylko mijamy ją prawą burtą wiatr gaśnie. Skipper zarządza, żeby zrzucić żagle i resztę drogi pokonać na silniku. Jest coś smutnego w ostatnim zrzucaniu żagli w czasie rejsu. Normalnie to jest żeglarska rutyna: postaw - refuj- trymuj - zrzuć. Gdy zrzuca się je po raz ostatni, to czuć już, że to koniec. Kilka wspaniałych dni, na które czekało się miesiącami, zleciało jak z bicza strzelił, a na kolejne znów trzeba czekać...
Za naszą rufą przechodzi statek, na pokładzie którego jest pełno rur i sprzętu wszelakiego.

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Ileż to to ma tego szpeju.

Pojawia się też samotna boja oznaczająca bezpieczną wodę. Już będąc w domu uświadamiam sobie, że była to prawdopodobnie boja znacząca wrak polskiego statku Jan Heweliusz. Nie mam możliwości zweryfikowania tego. Był to prom kolejowo-samochodowy. Na jego pokładzie były miejsca jedynie dla załogi i kierowców samochodów ciężarowych. W katastrofie zginęło 55 osób - 20 marynarzy i 35 pasażerów. Przyczyną tragedii było ludzkie zaniedbanie. Jednostka była źle zaprojektowana i od samego początku miała problemy ze statecznością. Prom dwukrotnie przewrócił się stojąc w porcie! W czasie jednego z rejsów w wyniku zwarcia zapaliła się jedna z przewożonych ciężarówek. Pożar przeniósł się na nadbudówki. W czasie późniejszego remontu na zniszczony pokład samochodowy wylano 60 ton betonu, jeszcze bardziej pogarszając stateczność statku. 13 stycznia 1993 roku, o godzinie 21:30 Jan Heweliusz miał wyruszyć w swój kolejny rejs ze Świnoujścia do Ystad. Tuż przed wyjściem w morze okazało się, że uszkodzona jest furta rufowa. Kapitan chciał odwołać rejs, jednakże armator nakazał naprawić furtę we własnym zakresie i płynąć. O 2335 Jan Heweliusz wyszedł w morze. W nocy panował silny sztorm dochodzący do 12B. Statek szedł z pełną prędkością, żeby nadrobić opóźnienie. Dodatkowo załoga włączyła system kompensacji przechyłu, którego należało używać jedynie w portach. Prowizorycznie naprawiona furta nie wytrzymała naporu wody i oderwała się. Statek zaczął nabierać wody, a około godziny 4 w nocy zaczął się przechylać. Niedługo potem ciężarówki zerwały się z mocować i runęły na jedną burtę. Stało się jasne, że przechyłu nie da się wyrównać i o 0430 kapitan nakazał opuścić pokład. Sama akcja ewakuacji była bardzo trudna - silny wiatr i wysokie fale spowodowały, że udało się opuścić jedynie kilka tratw. Po godzinie 5 prom przewrócił się stępką do góry i wkrótce zatonął. Statek leży na głębokości 27 metrów na lewej burcie. Napór ciężarówek i wagonów spowodował oderwanie się nadbudówek. Wykorzystane informacje pochodzą z artykułów z portalu wikipedia oraz trojmiasto.pl

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Rysunek przedstawiający wrak promu Jan Heweliusz. Źródło: www.nurkomania.pl

Na horyzoncie najpierw pojawiają się dźwigi portowe, a później stopniowo pojawia się ląd i zabudowania Świnoujścia.
Wchodząc między główki portu przez chwilę możemy się poczuć jakbyśmy wracali z wielkiej żeglarskiej wyprawy, a nie z krótkiej włóczęgi po Bałtyku. Letnia, upalna, słoneczna pogoda zachęciła turystów do spaceru wzdłuż falochronów portu. Koło słynnej stawy Młyny uzbierał spory tłumek. Gdy tylko mijamy główki w naszą stronę kieruje się kilkanaście obiektywów aparatów. Jeszcze chwilę płyniemy wzdłuż kanału portowego, a potem wchodzimy do Mariny Północnej i chwytamy się za cumy i odbijacze. Znajdujemy miejsce dla siebie, skipper ustawia jacht przy nabrzeżu, a my błyskawicznie obkładamy cumy kończąc tym samym rejs.
Załoga zaczyna wymachiwać książeczkami żeglarskimi przed kapitańskim nosem, co jest kolejnym dowodem na to, że nasza morska przygoda dobiegła końca. Spędzamy ostatni wspólny wieczór dzieląc się wrażeniami. Nazajutrz trzeba opuścić jacht. Swoją torbę zostawiam w dworcowej przechowalni, a sam wykorzystuję ostatnie godziny na szwędanie się po mieście. Po 1700 z okna pociągu rzucam ostanie już spojrzenie na port....

To był niesamowity tydzień pełny wiatru i wody. Fantastyczna żeglarska przygoda, z której zostało mi mnóstwo genialnych wspomnień. Rozgwieżdżona noc na rozbujanym morzu. Flauta u wybrzeży Bornholmu. Dłużące się godziny wachty w deszczowy dzień. Piękno szwedzkich miast. Niemal śródziemnomorski klimat Christiansø. Potężne fale w drodze do Sassnitz. Bezkres wód. Ciężko to opisać, dopóki samemu się tego nie doświadczy. Rejs się skończył, ale jestem pewien, że to nie koniec mojej przygody z morzem. Ja chcę więcej!

Autor: Cezary Globa

"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku
Ostatnie chwile na morzu.

Zapraszamy na nasze social media:

  • Kubryk na Facebooku
  • Kubryk na Instagramie