Blog

Wspomnienia


"Chrzest Morza" - czyli żeglarska włóczęga po Bałtyku cz.1

07.11.18, 12:00

Po latach żeglowania między szuwarami coraz bardziej chodziła za mną chęć czegoś większego. Tak żeby zobaczyć jak to jest, gdy całkiem znika ląd i dookoła zostaje tylko bezmiar wody. Żeby doświadczyć nocnego, gwieździstego nieba pod żaglami.

 

Żeby po prostu wykonać kolejny krok i przekroczyć pewną granicę w karierze każdego żeglarza... W tamtym roku, po bardzo udanym rejsie po Zalewie Sulejowskim mój redakcyjny kolega Kuba stwierdził, że on sam też chce zrobić patent. Mieliśmy jechać na Mazury na obóz żeglarski łączący turystykę ze szkoleniem dla chętnych. Plany wzięły w łeb, a ja pod wpływem impulsu znalazłem rewelacyjną ofertę rejsu stażowego, przygotowującego do kolejnego stopnia uprawnień żeglarskich pozwalających na samodzielną żeglugę morską. No i przepadłem na dobre... Posłuchajcie sami historii, w której wiatr pcha w nieznane, a fala kołysze do snu...

 
 
 

Kilka podstawowych informacji:
Organizator rejsu: Agencja Żeglarska Kubryk
Kapitan: Witold Sobkowicz
Jacht: Bavaria 38 Cruiser "Duch Morza"
Trasa: Świnoujście - Svaneke - Christiansø - Tejn - Simrishamn - Ystad - Sassnitz - Świnoujście
Łącznie przepłynęliśmy 343 mile morskie. Na morzu spędziliśmy 66 godzin w tym 45 pod żaglami.

 

 

 

W przeddzień rozpoczęcia rejsu lekki strach zajął miejsce dotychczasowej ekscytacji. W końcu kolejne dni miałem spędzić na dwunastometrowej łupince gdzieś po środku Wielkiej Wody. Czego mam się spodziewać?
Spakowałem się i kilkadziesiąt minut po północy wsiadałem do pociągu. W Świnoujściu - naszym porcie zaokrętowania - byłem o 1000 rano (cztery cyfry bez dwukropka, to sposób w jaki na morzu zapisuje się czas). Kiedy wysiadłem z pociągu czekała na mnie miła niespodzianka. W porcie stała piękna pełnorejowa rosyjska fregata - Kruzensztern.

 
 
 

Kruzensztern przy nabrzeżu portowym

 
 
 

Do zbiórki miałem jeszcze 6h, ale mimo to swoje pierwsze kroki skierowałem do Mariny Północnej, gdzie już czekał na nas "Duch Morza". Zostawiłem swoją torbę w przechowalni w bosmanacie mariny, przy okazji odnajdując jacht.

Już tylko z małym plecaczkiem ruszyłem na zwiedzanie miasta. Oczywiście, nie byłbym sobą gdybym nie obejrzał sobie z bliska wspomnianego żaglowca.

 

 
 
 

Ozdobne koło sterowe

 
 
 

Kiedy zwiedziłem pokład od bukszprytu po samą rufę, wtykając przy okazji nos w każdą dostępną dla turystów szczelinę (niestety nie dało się zejść pod pokład) nieśpiesznym krokiem ruszyłem do miasta. Zwiedzanie zacząłem spacerem po uroczym parku.

Korzystając z okazji zajrzałem do lokalnej smażalni ryb. Posiłek tam był niemałą ciekawostką, ponieważ ktoś najwyraźniej pragnąc podnieść poziom ekskluzywności dania wysmarował talerz czekoladą. Frytki z czekoladą to jedna z dziwniejszych rzeczy, które kiedykolwiek jadłem. Resztę czasu spędziłem na plaży.

Kiedy wracam do mariny, przy jachcie zbiera się już reszta załogi. Kapitan pyta czy jesteśmy zmęczeni i czy tę noc chcemy spędzić jeszcze w porcie, żeby odpocząć sobie po podróży. Zmęczeni jesteśmy chyba wszyscy, ale decyzja jest szybka i jednomyślna - chcemy na morze! Przed nami jeszcze odprawa i szkolenie z obsługi urządzeń jachtowych. Potem sztaujemy nasze graty razem z zapasami, a następnie robimy pierwszy posiłek na pokładzie...

 
 
 

Kolacja - pierwszy posiłek na jachcie

 
 
 

O 2000 jesteśmy gotowi. Rzucamy cumy i pomału ruszamy w kierunku główek portu.

Jeszcze w główkach portu zaczyna nas kołysać. Wiatr wiejący w ciągu dnia przycichł, ale pozostawił po sobie martwą ostrą krótką falę. Cudowny zachód sprawia, że cała sceneria jest wręcz nieziemska.

Od pierwszych chwil wiadome jest też, że nie damy rady zrealizować pierwotnej trasy rejsu. Po wyjściu ze Świnoujścia mieliśmy iść na Kopenhagę, a potem do Aarhus. Tam miała zapaść decyzja czy zamykamy pętlę wokół duńskich wysp Zelandii i Lolland czy wracamy podobną trasą z postojem w szwedzkim Malmo. Niestety, mamy wiatr w dziób prosto od strony Kopenhagi. Decyzją kapitana obieramy kurs na zachodnie wybrzeże Borholmu.
Rozkołys powoduje, że stopniowo kolejni członkowie załogi dostają choroby morskiej. Z ośmiu osób na pokładzie tylko trzy bronią się przed oddaniem Neptunowi swojego ostatniego posiłku - w tym kapitan i jakimś cudem ja.
O północy wraz z współtowarzyszką Ewą zaczynam swoją pierwszą trzygodzinną wachtę. Sterujemy na zmianę, ale ja pierwszy zajmuję miejsce za sterem, próbując utrzymać jacht na zadanym kursie. Przesiadka z rumpla, charakterystycznego dla śródlądowych łódek na koło sterowe, w dodatku bez żadnego punktu orientacyjnego nie jest łatwa, jednak po jakimś czasie dochodzę do wprawy i sterowanie przestaje być problemem.
Noc jest niesamowita. Duch Morza walczy z falą. Masy wody rzucają dzięsięciotonowym jachtem jak małą piłeczką. Ciągnąc za sobą kadłub, dziób najpierw leci w niebo by zaraz zapikować i ciężko grzmotnąć w wodę. A potem jeszcze raz - w górę i w dół. I jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze, w nieskończoność, tak przez całą nockę. Co jakiś czas większa fala wyrzuca nas mocniej w powietrze i wtedy po chwili dno uderza w wodę z głośnym ŁUUUP. Stoję za starem i podziwiam ciemne niespokojne i totalnie puste morze. W zielonej poświacie przyrządów nawigacyjnych staram się utrzymać właściwy kurs. Jacht myszkuje i cały czas ruchem steru trzeba przeszkadzać jego zapędom do popłynięcia swoim własnym kursem, w sobie tylko znanym kierunku, jego dzikiej chęci do zatańczenia z pierwotnymi żywiołami - wiatrem i morzem. Nad nami gwiazdy. Miliony białych puntów na czarnym bezmiarze kosmicznej pustki. Nieboskłon przecina na pół biała linia Drogi Mlecznej. I nawet najmniejszej chmurki. Jakby i one zostały gdzieś za rufą, razem z tymi wszystkimi światłami z Polski. Na zachodzie widać czerwoną łunę słońca, która powoli przesuwa się na północ i potem na wschód, zmieniając kolor na srebrnobiały od księżyca, który postanowił nie wychylać się zza horyzontu i potem znów różowawy zwiastujący świt.
O 0300 w nocy przychodzi nasza zmiana, która przejmuje wachtę. Zwalam się w swoją koję i od razu wpadam w objęcia snu. To była jedna z najbardziej niezwykłych nocy w moim życiu...

Budzę się po ósmej. Po dłuższej chwili wylegiwania się w koi, ubieram się i wychodzę na pokład. Wita mnie słońce i spokojne już morze. Fala wygasła niemal całkiem, zrobiło się sielankowo. Przed dziobem widać już Bornholm. Nad ranem wiatr odkręcił i wachta nie była w stanie utrzymać wcześniejszego kursu, dlatego ostatecznie wylądowaliśmy po wschodniej stronie wyspy.

O 0900 wraz z Ewą zaczynamy kolejną wachtę.

 

 

 

Rozkołysani

 
 
 

Za sterem

 
 
 

Kiedy chowamy się za wschodnim brzegiem wyspy wiatr nagle gaśnie. Zrzucamy żagle i ostatni odcinek pokonujemy już na silniku. Jest tak spokojnie, że kamizelki ratunkowe i ciepłe ciuchy stają się niepotrzebne i lądują w jakiś zakamarkach jachtu.
Naszym celem jest Svaneke - miejscowość uznawana za jedną z najpiękniejszych w Dani. Koło 1600 obkładamy cumy. Marina jest malutka, a duża popularność sprawia, że czasem ciężko znaleźć miejsce. Nam się udało, ale nabrzeże jest wyżej o jakieś 1,5 metra niż pokład, więc zejście na brzeg wymaga umiejętności niemal akrobatycznych.

Po wejściu między główki portu choroba morska znika jak ręką odjął. Na twarze wracają normalne kolory i wraca apetyt. Robimy pierwszy tego dnia posiłek - jeszcze rankiem zapach świeżego chleba wymuszał szybki marsz w kierunku zawietrznej burty, podziwianie wody z bliska i przykre rozstania z wczorajszą kolacją. Po obiedzie ruszamy na zwiedzanie miasta.

 

 

 

Manewry w ciasnym porcie

 
 
 

Drewniany wrak statku

 
 
 

Typowy duński widok. Sielanka i spokój. 

 
 

Kolejny dzień zaczynamy po siódmej rano. U 0800 wachta kambuza serwuje śniadanie, a o 0900 wychodzimy w morze. W planach mamy wizytę na malutkim archipelagu Ertholmene oddalonym od Bornholmu o dwie godziny drogi. Z sześciu wysp największa to Christiansø o wymiarach 400 na 700 metrów. Dzisiaj na morzu panuje cisza. Totalny brak wiatru. I tylko jakaś foka z bezpiecznej odległości podziwia sobie nasz jacht.

Wchodzimy do niewielkiej mariny. Stajemy do burty innego jachtu. Jesteśmy ostatnim elementem "tratwy" złożonej z kilku jachtów. Zejście na nabrzeże oznacza przejście po pokładach wszystkich innych jachtów. Po dostaniu się na brzeg ruszamy na zwiedzanie dwóch zamieszkałych wysp i fortu obronnego. Na wyspach mieszka łącznie kilkadziesiąt ludzi. Nie ma tutaj nawet ujęcia wody - tę na wyspę przywodzi statek z Bornholmu. Co ciekawe, zarówno na Bornholmie jak i na Christiansø panuje specyficzny mikroklimat. Przez większość dni w roku jest tu ciepło, więc można znaleźć rosnące w ogródkach figowce charakterystyczne dla makii śródziemnomorskiej.

 

 

 

Spokojne morze. Czarny punkt na środku kadru, to głowa foki.

 
 
 

Christiansø przed dziobem.

 
 
 

Na wyspach spędzamy łącznie cztery godziny. Potem, po zbiórce na jachcie rzucamy cumy i ruszamy w dalszą drogę. Ze względu na brak wiatru jedziemy na silniku. Wracamy na Bornholm, do portu w Tejn. W kokpicie robi się nie do wytrzymania, a to za sprawą roju maleńkich muszek, które postanowiły się zabrać z nami. I nie pomógł żaden off ani inny spray na owady. Kapitan wyciągnął jakiś tani odświeżacz powietrza. Rozpylenie zapachu marki Biedronka spowodowało, że 80% populacji padła w jakieś... 3 sekundy.

Do Tejn wchodzimy późnym popołudniem. W przeciwieństwie do wcześniej odwiedzonych miejsc, nie jest to miejscowość turystyczna. Możemy zobaczyć Danię od zwykłej, szarej strony. Różnicę widać też za burtą - Dania słynie z bardzo czystej wody w portach. I rzeczywiście do tej pory woda była krystalicznie czysta. Nawet dno było widać. Tutaj woda to zwykły portowy brudny i zagloniony żur. Udajemy się do pobliskiego sklepu po jakieś regionalne piwo i degustujemy ja na pokładzie, podziwiając piękny zachód słońca.

Jesteśmy zmęczeni całym dniem,więc wcześniej idziemy spać. Jutro planujemy skok do Szwecji.

 
 
 

Wyspa na Bałtyku, a można się poczuć jak w Chorwacji.

 
 
 

Marina ulokowana między dwiema wyspami

 
 
 

Na obu wyspach mieszka łączkie ok. 40 mieszkańców.

 
 
 

Cudowny zachód

 
 
 

Autor tekstu i zdjęć:  Cezary Golba - absolwent osławionej na całe Gliwice Wieży Magów (Polibuda, AiR). Fascynat sztuki survivalu - przy użyciu scyzoryka, gumki recepturki i odrobiny brzozowej kory zbuduje ci czołg. Najlepiej czuje się w lesie lub na pokładzie żaglówki. "Gdzie są wszystkie sznurki od tych szmat, gdzie ta brama na szeroki świat" - nuci przez sen, tuląc do serca swój patent żeglarski. Autor bloga: www.ciaglewdal.blogspot.com

 
 

Podobne wpisy

Zobacz wszystkie »

Przejście Kanału Panamskiego

Dla wielu żeglarzy przejście Atlantyku jest wielkim marzeniem. Tak było i w moim przypadku. O rejsie przez Pacyfik nawet nie myślałem i oto to, co było nierealne, po latach jest możliwe.